KRYSTYNA KRAKOWIAK
Śpiewała od zawsze – z mamą w kuchni, do suszarki, słuchając radia. Kochała klasykę: opery, Grechutę, Streisand. Gdy była dzieckiem, nauczyciel chciał ją zaangażować do słuchowiska radiowego. Zrezygnowała, Na przesłuchaniach do Mazowsza doszła do ścisłego finału, ale tuż przed metą niestety odpadła. Miała możliwość zgłoszenia się do chóru Teatru Wielkiego, ale to też nie wypaliło. Nie była gotowa.
Od zawsze „wołał” ją także teatr. W szkole występowała we wszystkich akademiach, chodziła na balet do Pałacu Kultury. Miała epizod w Teatrze Dramatycznym, gdzie rozmawiała nawet z samym Zapasiewiczem, co tylko podsycało jej marzenia. Ale wszystkie niestety spełzły na niczym, bo przyszło dorosłe życie.
Skończyła technikum fryzjerskie, odbyła staż w charakteryzatorni Teatru Wielkiego. Była blisko sceny, ale jednak za kulisami… Ostatecznie jednak oddała się wychowywaniu córki i prowadzeniu domu. Aż do 43. roku życia, kiedy koleżanka zachęciła ją do wstąpienia do chóru. W ciągu tygodnia stała się solistką i wkrótce, trzęsąc się z nerwów, zaśpiewała „Ave Maria” na ślubie. Swoim głosem uświetniała podobne uroczystości przez wiele lat. Wkrótce przyszedł też czas na kabaret. Założyła własny skład „Czy jakoś tak”. Grała wszędzie, gdzie ją chcieli. Nie dla sławy – dla sceny.
Wciąż uczy się śpiewu. Walczy z tremą. Wie, że scena to jej miejsce. Cztery lata zbierała się, by zgłosić się do programu. Nie chce już czekać. Chce się w końcu pokazać!

